Coraz więcej zespołów disco polo publikuje grafiki z terminarzem koncertów na dwa, trzy, a czasem nawet cztery miesiące do przodu. Kalendarz wygląda imponująco: rząd dat, miejscowości i logo zespołu na jednej planszy. Problem w tym, że spora część tych terminów to imprezy zamknięte, imprezy prywatne albo tajemnicze koncerty niespodzianki, na które zwykły słuchacz i tak nie wejdzie. I tu pojawia się pytanie, które zadaje sobie coraz więcej osób śledzących scenę: czy rozbudowany terminarz pokazuje realną aktywność zespołu, czy raczej buduje wrażenie, że dzieje się więcej, niż dzieje się naprawdę?
Pełny terminarz, a koncertów otwartych garstka
Gęsto zapełniona grafika robi wrażenie sama w sobie. Odbiorca widzi kilkanaście pozycji w jednym miesiącu i odruchowo zakłada, że ma do czynienia ze składem rozchwytywanym, który gra niemal codziennie. Kiedy jednak odjąć od tej listy wszystkie pozycje opisane jako zamknięte, prywatne lub niespodzianki, zostaje czasem zaledwie kilka koncertów, na które słuchacz rzeczywiście mógłby kupić bilet albo po prostu przyjść.
U największych nazw na scenie taki kalendarz zwykle odpowiada faktycznemu zapotrzebowaniu i te zespoły grają tyle, ile zapowiadają. Schody zaczynają się przy mniejszych składach, które występują rzadziej. To właśnie tam różnica między "wygląda na zajęty" a "faktycznie gra publicznie" potrafi być największa, a sama plansza niczego nie weryfikuje.
Impreza prywatna i koncert niespodzianka, czyli czego fan nie sprawdzi
Tu dochodzimy do sedna. Impreza prywatna i koncert niespodzianka mają jedną wspólną cechę: są niemożliwe do zweryfikowania. Nie ma podanego adresu, nie ma godziny, nie ma sprzedaży biletów, nie ma nazwy lokalu. Odbiorca nie jest w stanie potwierdzić, czy dany występ w ogóle się odbył, ani czy data nie była po prostu zapełnieniem pustego miejsca w grafiku.
Trzeba uczciwie powiedzieć, że zamknięte imprezy są w disco polo czymś normalnym i to one często stanowią główne źródło zarobku. Wesela, dożynki, imprezy firmowe czy zabawy zamknięte realnie wypełniają kalendarze wielu zespołów i nie ma w tym nic podejrzanego. Pytanie nie dotyczy więc samego istnienia takich koncertów, tylko proporcji. Kiedy plansza w całości składa się z pozycji, których nikt z zewnątrz nie potwierdzi, słuchacz nie ma żadnego narzędzia, by odróżnić napięty grafik od grafiku napompowanego na pokaz.
Czy to już oszustwo, czy tylko marketing
Granica bywa cienka. Pokazywanie aktywności jest naturalnym elementem promocji i żaden zespół nie ma obowiązku tłumaczyć się z każdej daty. Inaczej wygląda jednak sytuacja, gdy terminarz świadomie sugeruje skalę, której za nim nie ma, a kolejne "niespodzianki" służą głównie temu, by plansza nie świeciła pustkami. Dla słuchacza efekt jest ten sam: dostaje obraz zespołu, który niekoniecznie pokrywa się z rzeczywistością.
Najprostszy test jest jeden. Warto sprawdzić, ile z zapowiadanych dat to koncerty z wolnym wstępem lub biletowane, ogłoszone z nazwą miejsca i godziną. Jeśli z długiej listy zostają dwa albo trzy publiczne terminy, reszta pozostaje wyłącznie deklaracją zespołu. Zanim uznasz, że dany skład gra non stop, zajrzyj na jego oficjalny profil i zobacz, które występy faktycznie są otwarte dla publiczności.

